Chciałbym być zawsze niewinny i prawdziwy, chciałbym być zawsze pełen wiary i nadziei.
Nie wiem, co robić. Patrzę na zakrwawione niebo, obdarte z naskórka dłonie, niestabilną konstrukcję, po której codziennie muszę stąpać, z godziny na godzinę coraz bardziej niepewnie. Świt zbliża się zbyt szybko.
Jestem gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc. Noc, która nastała kilka lat temu, miała trwać wiecznie. Teraz wiem, że stworzyłam okłamującą mnie rzeczywistość.
Naiwność obaliła jeden z potężniejszych murów obronnych, dlatego krzyki racjonalizmu ciągle nie pozwalają na zaśnięcie. Kilka warstw zastygniętego irydu dla obrony przed światem zewnętrznym – stwarzają ciemność, bronią przed światłem. Jestem im wdzięczna. Ale musiał się pojawić. Wyobrażenie o Nim musi budzić zaufanie. Musi mnie wyciągać – na zewnątrz, na zewnątrz. I w oddali Jego głos, nie-w oddali Jego uśmiech. Moje ograniczenie umysłowe prawdopodobnie prowadzi do powalenia tej nędznej ściany z gipsu.
(sama ją przemieniłam)
I wiem, po prostu wiem, że skończę źle, bo w tym skupisku klarowności czai się jeszcze bardziej chore podejście do otaczającego świata.
No comments:
Post a Comment