Monday, April 23, 2012


I jakoś tak czuję, przeczuwam, oddycham tym wrażeniem, właściwie to się nim krztuszę – że na świecie nie ma
osoby, której zależy na moim istnieniu.
I jakoś tak czuję, przeczuwam, oddycham tym wrażeniem, właściwie to się nim krztuszę – że nie mam
dla kogo żyć. Nie mam po co żyć.

Bo każdy uśmiech jest sztuczny, a uśmiechanie się sprawia mi ból – psychiczny, fizyczny, nieokreślony. I trwaj, ze szkłem wbijanym w oczy, udław się krwią, wyrywaj serce, powoli, bez pośpiechu, przed śmiercią musisz pocierpieć.
Bo wszystko co robię, straciło jakiekolwiek znaczenie. Bo jestem pusta, poszarpana, i dewastacja do skutku. Bo przestałam odczuwać radość. Bo nagle zniknęły wszelakie granice.
Bo obumieram, a moje obumieranie ciągnie się w nieskończoność, a ja płaczem błagam o koniec. Bo znowu chcę zostać sama. Bo zerwały się więzi z ludźmi i nie jestem przywiązana do kogokolwiek.
Bo udawanie wychodzi mi tak świetnie, że straciłam wiarę w prawdziwość własnych intencji.

Firmament ukołysze mnie do snu, a potem szybkie chłonięcie trucizny, żeby zęby zacisnęły się na dłoniach. I źrenice kompletnie przysłonią zieleń tęczówek, średniowieczny kolor biesa. 

No comments:

Post a Comment