I jakoś tak czuję, przeczuwam, oddycham tym wrażeniem,
właściwie to się nim krztuszę – że na świecie nie ma
osoby, której zależy na
moim istnieniu.
I jakoś tak czuję, przeczuwam, oddycham tym wrażeniem,
właściwie to się nim krztuszę – że nie mam
dla kogo żyć. Nie mam po co żyć.
Bo każdy uśmiech jest sztuczny, a uśmiechanie się sprawia mi
ból – psychiczny, fizyczny, nieokreślony. I trwaj, ze szkłem wbijanym w oczy,
udław się krwią, wyrywaj serce, powoli, bez pośpiechu, przed śmiercią musisz
pocierpieć.
Bo wszystko co robię, straciło jakiekolwiek znaczenie. Bo
jestem pusta, poszarpana, i dewastacja do skutku. Bo przestałam odczuwać
radość. Bo nagle zniknęły wszelakie granice.
Bo obumieram, a moje obumieranie ciągnie się w
nieskończoność, a ja płaczem błagam o koniec. Bo znowu chcę zostać sama. Bo
zerwały się więzi z ludźmi i nie jestem przywiązana do kogokolwiek.
Bo udawanie wychodzi mi tak świetnie, że straciłam wiarę w
prawdziwość własnych intencji.
Firmament ukołysze mnie do snu, a potem szybkie chłonięcie
trucizny, żeby zęby zacisnęły się na dłoniach. I źrenice kompletnie przysłonią
zieleń tęczówek, średniowieczny kolor biesa.
No comments:
Post a Comment