Saturday, November 5, 2011

Zawsze niepoczytalne spojrzenie, zawsze. Nienawiść do rasy ludzkiej i pragnienie wydłubania oczu tym wszystkim idealnym osobom, którą prawie emanowała.  Ale nawet ta nienawiść była opanowana. Zimnokrwista, mówią mówili powiedzieli.

Skóra tam gdzie potrzeba, na butach, torbie i bransoletkach.
I skóra tam, gdzie nie potrzeba, pod paznokciami, razem z krwią i stosowną porcją bakterii.

Ona, leżąc na bruku, może sięgać nieba. Śmiejąc się śmiechem kogoś, kto nie ma nic do stracenia, naprawdę mając do stracenia wszystko. Księżyc skulony w mocno zaciśniętej dłoni, żeby twarze innych nie były oświetlone.
Nie lubiła światła.
Nie lubiła, ale za bardzo zaprzyjaźniła się z opętańczym wirem, który zabrał jej zdolność rozróżniania kolorów. Dlatego jej światło mogło być czarne.
Łapała, rzucała w przypadkowych ludzi, straszyła wzrokiem, głosem i włosami, które nigdy nie miały być czerwone. Słowa pozbawione przyczepności, zawieszone gdzieś w pustce – straszyła, bo wiedziała jak.

Chciała pomalować ściany w pokoju. Jednolicie, doskonale, nie rozchlapując pigmentu, nie brudząc sobie nosa. Pomalować krwią niewinnych niczemu pielęgniarek z oddziału zamkniętego. Chciała zrobić wiele rzeczy, ale twierdziła, że zostało jej za mało czasu i za dużo sumienia.

I mogła mówić bez końca, bo słów nigdy nie brakowało.

No comments:

Post a Comment